Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reviews. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reviews. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2015

Tea book TAG

Witajcie Kochani,

już nie raz wspominałam o tym, że herbatę mogę pić litrami, tak samo jak godzinami przekładać stronice książek. A że jesienne wieczory są chłodniejsze i ciemniejsze często można mnie spotkać przykrytą kocem z kubkiem (mam na myśli taki minimum 500 ml) zalanym do pełna gorącym naparem herbacianym i książką. Najczęściej, albo wypożyczoną z biblioteki, albo znalezioną na jakiejś promocji. Ostatnio przeglądając blogi wpadłam na TAG, który łączy moje dwie jesienne miłości. Tak więc zapraszam do lektury.

Czarna herbata, czyli mój ulubiony klasyk. (zwłaszcza z cytrynką i miodem)

Klasykiem, do którego wracam i czytam za każdym razem mając nadzieję, że jednak zakończenie się zmieni, jest szekspirowski dramat "Romeo i Julia". Niewiele trzeba mówić o książce, która jest lekturą, a Ci, którzy jej nie czytali to na pewno słyszeli o miłości tak silnej, że nawet śmierć nie była w stanie jej zniszczyć. Jako ta romantyczna dusza, uwielbiam tę książkę i cytaty jakie się w niej znajdują, gdzie tym najważniejszym dla mnie są słowa Romea w ogrodzie Capulettich: "Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył rany."

Zielona herbata, czyli książka tak nudna, że przy jej czytaniu zasnęłam. 

Pamiętam wiele książek, przy których zasypiałam, ale zazwyczaj później je zakończyłam. Niestety nie mogę tego powiedzieć o książce autorstwa Jim'a C. Hines'a "Droga goblina". Dostałam tą książkę kiedyś od znajomego na urodziny, lecz niestety nie udało mi się jej przeczytać. Za każdym razem jak do niej siadałam, to lektura ta kończyła się dłuższą drzemką. 


Czerwona herbata pu-ehr, czyli książka, w której bohaterowie ciągle się przemieszczają. 

Pierwsza książka dłuższa niż 30 stron, którą przeczytałam w pierwszej klasie to "Tomek na wojennej ścieżce" pióra Alfreda Szklarskiego. Skojarzyła mi się ona z przemieszczaniem, ponieważ opowiada o podróży młodego chłopaka po Stanach Zjednoczonych i Meksyku. Jest to trzeci tom znanej serii o młodym podróżniku, jego ojcu i przyjaciołach, którzy podróżując mają wiele przygód. Od właśnie tej książki rozpoczęła się moja miłość do stronic zapisanych drobnymi literkami, opowiadających cudowne historie.

Herbata oolong, czyli książka, której poświęca się zbyt mało uwagi.

Miałam problem z wybraniem książki do tej kategorii. Jako, że czytam wszystko co mi wpada w ręce, przekładałam w głowie wielkie księgi, w których przechowuję masę wspomnień związanych z każdą przeczytaną książką. Ciężko mi było wybrać książkę, która jest warta uwagi, ale jej nie doświadcza. Mój wybór padł na "Love story" Erich'a Segala. Książka dość cienka, napisana przez scenarzystę, który na początku pisał ją pod ekranizację. Kolejna książka, która opowiada o nieszczęśliwej miłości. Bo czego można się spodziewać o historii, która już na początku zaczyna się od słów: "Co można powiedzieć o dwudziestopięcioletniej dziewczynie, która umarła?..." Książka piękna, ale niezbyt znana, zwłaszcza dla młodszego ode mnie pokolenia.

Biała herbata, czyli książka niezasłużenie popularna. (najlepsza jest z imbirem i liczi! uwielbiam)

Ciężko mi jest wybrać książkę, która jest niezasłużenie popularna. Jak siedzę i myślę już od kilku godzin to jedyna kategoria, do której nie potrafię dopasować jakiejś sensownej dla mnie lektury. 

Herbata yerba mate, czyli  książka, przy której trzeba przebrnąć przez pierwsze rozdziały, żeby akcja się rozwinęła.

Tutaj mój wybór padł na jedną z serii książek, do której pierwszego tomu miałam kilka (jak nie kilkanaście) podejść. Ale gdy tylko przebiłam się przez pierwszą skorupę to uważam serię "Akademia Wampirów" (Richelle Mead) za książki, które pochłania się stronicami w całości i po zakończeniu każdego tomu od razu sięga się po kolejną część. Do tej kategorii dołączam również "Wielkiego Gatsby'ego" F. Scotta Fitzgeralda.


Herbata ziołowa, czyli książka, którą czytano Ci na dobranoc, kiedy byłeś mały. 

Bez zastanowienia mogę napisać tytuł "Kubuś Puchatek" A.A. Milne. I może nie miałam czytanej jej przed snem, to zawsze towarzyszyła mi ta książeczka, gdy gdzieś wychodziłam. Pamiętam, że kiedyś dorwałam się do kredek i pokolorowałam wszystkie rysunki, które się w niej znajdowały, bo wyglądały jakby żywcem wyjęte z książeczki do rysowania. Z Kubusia pochodzi też kolejny cytat z mojego zeszytu cytatów, który bardzo cenię: "-Puchatku? -Tak Prosiaczku? -Nic - powiedział Prosiaczek biorąc Puchatka za łapkę -Chciałem się tylko upewnić, że jesteś."

Herbata owocowa, czyli Twoja ulubiona, lekka książka. 

Nie wiem dlaczego, ale znowu pada na serię książek lecz tym razem na "After" Anny Todd. Książki te zostały napisane jako fanfiction. Lecz do druku imiona i nazwiska znanych osób zostały zmienione. Najpierw przeczytałam ff, później po raz kolejny książki i nie zdziwię się jak powrócę jeszcze kiedyś do tej lektury, Do tej kategorii dorzucę jeszcze całą serię "Harry'ego Potter'a" J.K. Rowling, "Love, Rosie" Cecelii Ahern i masę innych. 

Iced Tea, czyli książka, która zmroziła Ci krew w żyłach. 

Jak byłam młodsza to przerażona byłam jak miałam czytać jakąś książkę, w której był rozlew krwi. Teraz gdy mam podać tytuł książki, która zmroziła mi krew w żyłach to powiedziałabym, że "Carrie" Stephena King'a. Jak na razie to pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam, ale zapewne nie ostatnia.

To już koniec dzisiejszego TAG'u. A Wy macie jakieś książki, które możecie dopasować do jakiejś z tych herbat? Jak tak to piszcie w komentarzach o swoich typach.

ZAPRASZAM serdecznie do lajkowania FanPage'a, obserwowania na Instagramie i Snapchatcie (@kidagasz "Asssiek"), będzie mi również miło jak docenicie moją pracę zostawiając po sobie jakiś znak np w formie komentarza, albo obserwacji :)

środa, 23 września 2015

Zegarek damski klasyczny, kobiecy OTIÉN



Codziennie przeglądam zdjęcia na Instagramie, Tumblr’ze, czy innych podobnych tego typu stronach.

Codziennie patrzę na piękne kobiety, ich styl życia, ubierania się. Te piękne zdjęcia pełne bieli i czerni i złota. To wszystko jest takie błyszczące. Takie zapierające dech w piersiach, inspirujące. Zdjęcia te przedstawiają osoby, rzeczy, które są dla mnie czymś niesamowitym a dla kogoś innego dniem powszednim.

Codziennie również dokładam kilka rzeczy do mojej wishlisty. A rośnie ona naprawdę w zastraszającym tempie. Szkoda tylko, że moje fundusze nie rosną tak szybko jak rośnie ilość przedmiotów, które pragnę mieć. Ale choć podoba mi się wiele rzeczy i wpisuję je na listę, to nie są one niezbędne. Jest teraz na nie moda i dlatego tak bardzo mi się one podobają, ale zanim je kupię może przejdzie mi ochota.

Część rzeczy na liście jest niezmienna od kilkunastu tygodni a nawet miesięcy. I do takich rzeczy należy np. zegarek by Daniel Wellington <KILK> (ale to jest marzenie ściętej głowy). Odkąd prowadzę bloga, to podoba mi się ten zegarek i wzdycham do niego. Niestety jego cena jest jak na razie dla mnie przytłaczająca. Na szczęście z pomocą przyszła mi firma OTIÉN. 

W swoim asortymencie mają wiele różnorodnych zegarków, bransoletek, kolczyków czy wisiorków. Ostatnio jednak przeglądając ich stronę znalazłam zegarek, który może nie do końca wygląda jak DW, ale również wygląda klasycznie (Zegarek damski klasyczny, kobiecy OTIÉN <KLIK>). I co najważniejsze kosztuje 59,90 złotych.



Zegarek ten ma klasyczną białą tarczę i otoczony jest kopertą z stali, która jest w kolorze jasnego złota. Złoty kolor znajduje się również na tarczy w oznaczeniach godzin oraz wskazówek a na godzinie dwunastej możemy zauważyć cyrkonię. Na tarczy jest również napis Geneva, napisany ozdobną czcionką. Do tej tarczy przyczepiony jest czarny pasek wykonany z tworzywa sztucznego.  Zegarek jest średniego rozmiaru. Szerokość koperty ma 4,2 cm a jego długość wynosi 24 cm. Jest dość lekki i przyjemnie się go nosi. Pasuje do każdego rodzaju stroju i ostatnio bardzo często go noszę.


A Wam jak podoba się taki zegarek? Chętnie byście taki nosiły? A może nie lubicie zegarków. Piszcie w komentarzach. Chętnie poczytam Wasze opinie.

ZAPRASZAM serdecznie do lajkowania FanPage'a, obserwowania na Instagramie i Snapchatcie (@kidagasz "Asssiek"), będzie mi również miło jak docenicie moją pracę zostawiając po sobie jakiś znak np w formie komentarza, albo obserwacji :) Jest mi również niezmiernie miło, że wczoraj wpadło mi 25.000 wyświetleń na blogu. Dziękuję Wam bardzo, bo to Wasza zasługa <3.

czwartek, 10 września 2015

Be active - Asssiek na sportowo

"Dziś zrób to czego innym się nie chce a jutro będziesz miał to czego inni pragną"

Ostatni miesiąc wakacji mija mi w zastraszającym tempie. Dni przepływają mi przez palce i zanim zdołam się obejrzeć to będę musiała zacząć porządkować swoje życie do wyjazdu na uczelnię. Dlatego korzystam z ostatnich wolnych i przede wszystkim słonecznych dni. Tak było również i dzisiaj. 
Obudziłam się i od razu wiedziałam, że dziś jest jeden z dobrych dni. Razem z promieniami słońca do mojego pokoju sączyło się delikatne ciepło już wrześniowego poranka. Ostatnio codziennie padało i to była naprawdę miła odmiana. Z resztą jak można się nie cieszyć z takiej pogody. To dało mi naprawdę sporo energii, którą musiałam jakoś spożytkować. 
Ćwiczę w domu codziennie od kilku tygodni. Jest to jedna z lepszych form aktywności fizycznej i cieszę się z tego jak moje ciało powoli się zmienia. Przez tych parę tygodni udało mi się zgubić kilka centymetrów w obwodach, jak również zauważyłam, że staję się silniejsza i bardziej wytrzymała.
Normalnie ćwiczę w domu, dobijając tym mieszkańców, ale dzisiaj dosłownie wyrzuciłam piłkę przez okno i postanowiłam korzystać ze słoneczka. I wtedy właśnie do mojej "łepetynki"wpadł genialny pomysł. Połączyłam ćwiczenia razem z moim blogiem i tak powstały zdjęcia z mojego "treningu". I choć zazwyczaj ćwiczę około 30-40 minut to dziś trening jak i zdjęcia trwały coś około <wow> 3 godzin. Po zakończeniu całego przedsięwzięcia byłam zmęczona, ale zadowolona z efektów, które przedstawiam Wam poniżej. Miłego oglądania. :)



  















BIUSTONOSZ - LIDL | LEGGINSY - DOMYOS | BUTY - DECATHLON | PIŁKA DO FITNESSU - DOMYOS | CIĘŻARKI "KULE" - BIEDRONKA

ZAPRASZAM do lajkowania FanPage'a, obserwowania na Instagramie i Snapchatcie (@kidagasz "Asssiek")

wtorek, 4 sierpnia 2015

Perfekcyjny makijaż - czyli moje pędzle z Sunshade Minerals

Jakoś doświadczoną wizażystką nie mogę się nazwać, ale ostatnio dość mocno zaczęłam interesować się profesjonalnym make-up'em i zakupiłam sobie zestaw pędzli ze sklepu WIZAŻYŚCI.PL
Choć moim marzeniem są pędzle marki Hakuro albo Zoeva to postanowiłam w najbliższym czasie potrenować na czymś tańszym a stosunkowo dobrym. Przewertowałam masę stron, przeczytałam kilkadziesiąt opinii, szukałam czegoś co sprawi, że po pierwszym tygodniu użytkowania nie wyrzucę ich do kosza. Ciężko było. Bo ile komentarzy to jeszcze więcej różnorodnych opinii. Gdy już dosłownie zgłupiałam i chciałam kupić jeden pędzel Hakuro w moje łapki wpadł zestaw z SUNSHADE MINERALS. Jako typowy wzrokowiec i dotykowiec (nawet nie wiem czy jest takie słowo w polskim słowniku ^^) wymacałam każdy pędzel z osobna. I zamarzyłam sobie, że właśnie ten zestaw będzie dobry do nauki. Cena też nie odstraszała, więc bez wahania je zamówiłam.





Zestaw składa się z 10 pędzli w kompaktowym zestawie. Stworzone zostały one przez markę LancrOne. Według opiski na stronie są one idealnym rozwiązaniem dla kobiet ceniących wysoką jakoś i naturalność makijażu.W pędzlach mamy do czynienia z najwyższej jakości włosiem syntetycznym HD, które nie podrażnia skóry, dzięki czemu idealnie nadaje się nawet dla najbardziej wrażliwej i skłonnej do uczuleń cery. Dodatkowo struktura włosia nie pozwala na osypywanie się czy wchłanianie kosmetyków. Co jest dużym plusem w pielęgnacji tych pędzli to fakt, że nie potrzeba specjalistycznych płynów do mycia, by utrzymać je w czystości i nienagannej kondycji. Ja do czyszczenia pędzli używam ciepłej wody oraz szamponu.Co mi się bardzo podoba w wyglądzie to fakt, że rączki wykonane są z bambusa i kształt powoduje, że pędzle po prostu suną po twarzy. Do zestawu zostało dołączone lniane etui, które idealnie sprawdza się w wyjazdach. Po złożeniu jest małe i nie zabiera zbyt dużo miejsca, dlatego idealnie mieści się w torebce. Moje pierwsze zetknięcie z tymi pędzlami było naprawdę świetne. Teraz już się trochę przyzwyczaiłam i nie reaguję delikatną gęsią skórką, gdy sunę po skórze pędzlem, ale wiem jedno. Za nic nie wróciłabym do starych pędzli.


Pędzel nr 1. Używam przede wszystkim do nanoszenia pudru na twarz. Według producenta nadaje się on również do nanoszenia pudru sypkiego lub brązującego.Jego kształt jest ułożony owalnie i parabolicznie dzięki czemu idealnie rozprowadza puder. 
Pędzel nr 2. Również używany do makijażu twarzy. Jest on skośnie ścięty i dlatego świetnie nadaje się do nanoszenia różu, bronzera czy rozświetlacza. 
Pędzel nr 3.  Flat Top Brush jest to płaski pędzel najlepiej nadający się do nakładania kosmetyków płynnych, kremowych oraz wszelkiego rodzaju pudrów. Ja używam go do rozprowadzania podkładu i za nic nie wymieniłabym go na mój poprzedni pędzel zakupiony w Hebe.


Pędzel nr 4. Używany jest przeze mnie do nakładania korektora (jest do tego naprawdę precyzyjny), ale również można nakładać nim cienie kremowe, sypkie i prasowane. Czasami zdarza mi się nakładać nim bazę na powiekę.
Pędzel nr 5. Jest to typowy pędzel "kulka". Używam go przede wszystkim do cieniowania i rozcierania w załamaniu powieki cieni.
Pędzel nr 6. Ten pędzle jest owalny. Według mnie świetnie nadaje się do nakładania cieni na całą powiekę i naprawdę wystarczą dwa pociągnięcia i cień znajduje się na naszym oku. Uwielbiam nim blendować cienie.


Pędzel nr 7. To pędzle, który najczęściej używam do aplikowania rozświetlacza w kąciki oka. Jest to możliwe dzięki temu, że jest on płaski i skośnie ścięty. Oprócz typowo mojego zastosowania idealnie nadaje się do aplikowania i rozcierania cieni powyżej powieki ruchomej.
Pędzel nr 8. Jeszcze nie używałam tego pędzelka, gdyż jest on przeznaczony do malowania ust, więc nie jestem w stanie opisać go. Idealnie nadaje się do aplikacji pomadek i błyszczyków.
Pędzel nr 9. Jest to mój ulubiony pędzel. Nie wiem jak mogłam malować brwi nie mając porządnego pędzelka. Jest to mały skośnie ścięty pędzelek. Perfekcyjnie dochodzi pod każdy włosek i rozprowadza cień. Czasami używam go również do nakładania kresek na górną powiekę tuż nad linią rzęs.
Pędzel nr 10. Jest to nylonowa spiralka do tuszowania rzęs i brwi. Zawsze rozczesuję rzęsy po nałożeniu tuszu jak i otrzepuję nadmiar cienia na brwiach.

Pędzli tych używam od prawie miesiąca i nie zauważyłam by coś się z nimi działo złego. Zabieg czyszczenia wykonuję w zależności od potrzeb i od rodzajów pędzli. Niektóre myję codziennie a niektóre raz w tygodniu. Oczywiście pędzle, które mają styczność z płynnymi kosmetykami obejmuję większą opieką. Jak na razie jestem zadowolona z użytkowania tych pędzli. Włosie nie wychodzi ze srebrnych obwódek i nie łamie się jak w moich wcześniejszych zakupach.

A Wam jak podobają się te pędzle? Może ktoś po mojej krótkiej recenzji zainteresuje się ich zakupem. A może używaliście tych pędzli i coś się z nimi działo złego? Piszcie a ja chętnie poczytam Wasze opinie.

Ostatnio dość mocno zaczęłam udzielać się na snapchatcie. Możecie zobaczyć co u mnie akurat się dzieje. Tak, więc zapraszam Was do przeglądania mojej historii, która tworzy się na:




czwartek, 16 lipca 2015

Kosmetyczny zawrót głowy - Haul!

Ostatnio trochę zaszalałam i prawie całą ostatnią wypłatę wydałam na kosmetyki, które uważałam za dość potrzebne. Na szczęście udało mi się w kilku przypadkach natrafić na promocje. Choć rzeczy, które kupiłam jak na  razie są w trakcie używania, to już coś mogę o nich powiedzieć. Tak więc zapraszam do lektury dzisiejszego postu.


Na pierwszy ogień rzucam Płyn Micelarny - Garnier Czysta Skóra. Od dawna chciałam zmienić moje ogórkowe mleczko z Ziaji i teraz podczas trwania promocji w Biedronce zakupiłam ten o to płyn. Nie wiem czy jest on dobry, bo użyłam go zaledwie dwa razy i ciężko mi się o nim wypowiadać jak  na razie, ale jedno mogę stwierdzić. Makijaż (nawet wodoodporny) zmywa bez problemu. I to jest w nim niesamowite. Ten płyn jest przeznaczony do cery tłustej lub mieszanej, podatnej na powstanie niedoskonałości. Jak pisze producent: "Płyn micelarny 3 w 1 Garnier Czysta Skóra to prosty sposób, aby usunąć makijaż i oczyścić całą twarz (w tym oczy i usta) - w jednym geście i bez pocierania. Cera jest czysta, odżywiona i widocznie zmatowiona." I własnie to zmatowienie jest najbardziej widoczne. Niestety nie obejdzie się bez pocierania - jednakże nie jest to pocieranie, które powoduje mocne zaczerwienienia. Za opakowanie 400 ml zapłaciłam 12,99 złotych, lecz normalnie za taką butlę płacimy około 18 złotych. 

Następnie mamy Suchy szampon od Batiste. Kiedyś posiadałam Batiste Wild, lecz teraz postanowiłam spróbować czegoś nowego i padło na przepiękny zapach "Coconut & exotic tropical". Jako, że jestem wielką fanką wszystkiego co kokosowe nie mogłam przejść obok tego produktu. Suchy szampon jest idealnym rozwiązaniem dla mnie, gdy mam mało czasu na przygotowanie się, gdy np zaspałam czy mam nieoczekiwane wyjście. Batiste "natychmiast odświeża włosy bez użycia wody, absorbując sebum i zanieczyszczenia oraz sprawiając, że włosy są puszyste, jedwabiście miękkie i uniesione u nasady." I tak jest. Jedyny minus to nie można przesadzić z jego ilością, ponieważ skrobia zawarta w szamponie powoduje, że może się osiadywać ona na włosach tworząc wrażanie łupieżu. Cena jaką zapłaciłam za niego to 11,89 złotego w Rosssmanie na promocji. Jednak za 200 ml opakowanie zapłacimy normalnie około 16 złotych. 

Perfumy "little black dress" z Avon są prezentem od mojej cioci. Jest to wersja 30 ml - Edycja limitowana. Zapach tych perfum zaliczamy do kategorii orientalno - kwiatowej. "Ponadczasowa, zawsze modna kwiatowo - orientalna kompozycja cyklamenu, gardenii i ylang - ylang z głębią słodkich akordów drzewa mlecznego, śliwki i piżma." I choć kiedyś już miałam ten zapach to cieszę się, że go dostałam. Mała buteleczka idealnie pasuje do każdej torebki i nie zabiera zbyt dużo miejsca. Jedyny minus to trochę zbyt intensywny zapach jak na upalne wakacyjne dni i używam ich jak temperatura delikatnie spada. Cena regularna to 48 złotych. 


Choć tego podkładu nie kupiłam (dostałam od młodszego brata na urodziny) to chciałam Wam przedstawić w tym haulu. Rimmel Match Perfection o odcieniu 101 classic ivory to ponoć "kryjący, niepozostawiający śladów podkład z zaawansowaną technologią Smart - Tone dla efektu nieskazitelnej, perfekcyjnej cery w każdym świetle." I choć używam go dopiero od jakiegoś tygodnia to mam co do niego mieszane uczucia. Kremowa konsystencja świetnie rozprowadza się na twarzy pędzlem, jednakże tylko wtedy gdy mam względnie "dobry dzień". Gorzej jest jak mam na twarzy jakieś wypryski i ciężko jest je zamaskować tylko podkładem. Jeszcze zastanawiam się jak ocenić ten produkt, dlatego daję mu parę tygodni na przetestowanie. Cena takiego podkładu to około 38 złotych za butelkę 30 ml. 

Już od dawna szukałam dobrego eyelinera i do moich rączek wreszcie udało mi się złapać Rimmel ScandalEyes Jumbo Liner. Jest to liner w pisaku, który ma dość grubą końcówkę. Można go kupić tylko w odcieniu 001 Black. Jego aplikacja wydaje się być bardzo łatwa dzięki własnie tej końcówce i opakowaniu. I choć nie potrafię jeszcze robić idealnych kresek to jest on świetny do nauki robienia kresek. Najbardziej jednak podoba mi się krycie i kolor intensywnej czerni czego np nie jestem w stanie uzyskać robiąc kreskę kredką. Ja swoje opakowanie kupiłam za 20 złotych, ale normalnie za 3 ml pisaka zapłacimy około 25 złotych.

Korektor w płynie marki Bell MultiMineral w odcieniu 01 to korektor o którym dużo słyszałam i długo zwlekałam z jego zakupem. Jego zadaniem jest likwidacja oznak zmęczenia oraz cieni pod oczami. Jest to możliwe dzięki połączeniu aktywnych składników roślinnych: protein pszenicy i wyciągowi z nasion chleba świętojańskiego. Ma to na celu lekko napinać i rozświetlać zmęczoną skórę pod oczami oraz daje natychmiastowy efekt wygładzonych zmarszczek i wypoczętego oka. Jak na razie jestem zadowolona z jego działania. Nakładam go pędzelkiem i lekko wklepuję co naprawdę rozświetla i zanim wrzucę ten korektor do pudełeczka must have chętnie go jeszcze trochę po testuję. Za 7,5 gramowe opakowanie zapłacimy około 10 złotych.

Rozświetlacz do twarzy kupiłam przede wszystkim z myślą o rozświetleniu kącików wewnętrznych oczu. Tutaj wybór był dość szybki, bo nie zastanawiałam się tylko ściągnęłam pierwszy lepszy ze sklepowej półki. Postawiłam na Rozświetlacz o ciepłym odcieniu marki Wibo. Chodziło przede wszystkim o małe opakowanie, które zmieści się do podręcznej kosmetyczki, idealnej na wakacyjne wyjazdy. Jest on o delikatnym złotym odcieniu i przepięknie wygląda nałożony na skórę. Na 100% kupię go ponownie. Cena za takie małe opakowanie to 9 złotych.

Ostatnią rzeczą jest biała kredka do oczu Essence kajal pencil 04 white. Kupiłam ją zanim znalazłam idealny rozświetlacz i udało mi się ją użyć może ze dwa, trzy razy. Teraz nie wiem czy będę jej używać, ale nadal leży w mojej szufladzie. Jej cena to około 5 złotych.

Tak więc doszliście do końca tego dłuuuugaśnego postu i jeżeli jeszcze mnie nie przechrzciliście jestem Wam za to dozgonnie wdzięczna. Używaliście może jakiś kosmetyków z listy ostatnich zakupów? Jesteście mi w stanie odradzić coś, a może jednak polecić? Chętnie poczytam Wasze komentarze na ten temat. 

środa, 17 czerwca 2015

gospodarka przestrzenna? - jak się za to zabrać

Witajcie Kochani!
Nie wiem dokładnie na jakim etapie są teraz absolwenci liceów i techników i czy już wybrali a może dopiero wybierają swoją dalszą drogę nauczania, ale postanowiłam powiedzieć/napisać Wam trochę o kierunku studiów jaki ja obrałam prawie rok temu.
Tak naprawdę o chciałam być piosenkarką, później aktorką, prawniczką, ogrodnikiem i projektantem wnętrz i mogłabym wymieniać tak długo, ale nie zdecydowałam się na żaden zawodów. Czy żałuję? Jeszcze nie wiem. Ale na pewno kiedyś się dowiem. 


Za każdym razem, gdy wchodziłam na strony uczelni miałam przed sobą otwarty kalendarz i wypisane były tam pewnego rodzaju cele. Patrzyłam na wymagania, na swoje wyniki maturalne i coraz bardziej załamywałam ręce. Nie mogłam znaleźć dla siebie czegoś co sprawiłoby mi przyjemność i jednocześnie pomagało rozwijać pasje - i dawało później dobre zarobki. 
Architektura - z jednej strony tak bardzo chciałam na nią pójść i móc się spełniać - z drugiej strony płakałam nad swoim lenistwem i brakami w podstawowej wiedzy.
Prawo - hahahhaha to mój wybryk po tym jak stałam się wielką fanką Prawa Agaty i choć podobało mi się to jak główna bohaterka radziła sobie w serialu to wiedziałam, ze to bardziej marzenie ściętej głowy niż plan na przyszłość. 
Rodzice chcieliby inżyniera, najlepiej takiego fajnego, z dużymi zarobkami, służbowym samochodem zaraz po napisaniu pracy inżynierskiej. I choć nie naciskali oni na mnie i nie kazali mi dokładnie iść na ten kierunek to pomagali mi racjonalnie spojrzeć na mój wybór. 


Dlaczego Gospodarka Przestrzenna? Po przejrzeniu programu zobaczyłam, że mimo moich ciągot do prawa i architektury, to jest kierunek, który pozwoli mi się sprawdzić, że tak powiem na kilku płaszczyznach. Zawiera on bowiem mieszankę przedmiotów, które możemy spotkać na prawie: prawoznawstwo, prawo cywilne, upadłościowe, spółek itp. ale również kilka innych związanych z architekturą takich jak: rysunek techniczny i planistyczny, geometria wykreślna z grafiką inżynierską czy gospodarka przestrzenna. Jako, że są to studia inżynierskie nie może zabraknąć tutaj przedmiotów pochodzących od królowej nauk: matematyka, fizyka, statystyka - lecz są to tak naprawdę zapychacze czasu na pierwszym roku. 
Na każdej uczelni wykładowcy są rożni, program delikatnie może odbiegać od programu drugiej, ale jest on dość podobny. Jeżeli nie na pierwszym semestrze czy drugim to ten przedmiot możecie dostać na trzecim. Nie ma to znaczenia. Ważne jest to jak się czujecie i czy jesteście w stanie połączyć taki misz masz nauk humanistyczno-geograficzno-matematycznych. 
Ja nie żałuję tej decyzji. Co jest dość dziwne, bo jestem dopiero pod koniec pierwszego roku. Ale śmiało mogę stwierdzić, że odnalazłam się w tym czego się uczyłam, podobają mi się zajęcia (oczywiście jedne bardziej drugie mniej) i nie tak bardzo wieszam psy na moich wykładowcach. 
Ale zapytacie mnie pewnie co robić dalej po tych studiach?
Każdy człowiek gdzieś mieszka, kupuje jakąś ziemię pod budowę, restauruje dom na sprzedaż, albo robi podobną rzecz związaną z nieruchomością. I każda ta rzecz jest ściśle związana właśnie z osobą po studiach tego typu. Rzeczoznawca majątkowy, biegły sądowy, zarządca, deweloper, pośrednik sprzedaży, nawet w pewnym sensie doradca czy zwykły pracownik Urzędu Miasta w Wydziale Planowania Przestrzennego. Tyle możliwości po jednym kierunku. Najbardziej jak na razie podoba mi się zawód rzeczoznawcy (tworzenie operatów/dokumentów nieruchomości, wycena nieruchomości, zakładanie Ksiąg Wieczystych) i dewelopera (budowa, pośrednictwo i sprzedaż mieszkań czy domów).
Co czas przyniesie? To się jeszcze okaże. Na razie staram się pozaliczać w sesji wszytko najlepiej jak się tylko da i realizować swoje plany by wakacje wykorzystać w 100%.

A tutaj macie zdjęcie z zajęć w terenie z geodezji i kartografii :)
Mam nadzieję, że pomogłam komuś, albo chociaż przybliżyłam kierunek studiów z jakim przyszło mi się zmagać przez jeszcze kolejne dwa i pół roku. Na wszystkie pytania chętnie odpowiem, więc śmiało możecie do mnie pisać :)

czwartek, 2 kwietnia 2015

and the winner is... TOP5!

Siedzę w swoim łóżku i przegryzam wafelki, ciesząc się, że nareszcie mam możliwość zakopania się w puszystej pościeli. Uczelnia uczelnią - ważna jest, ale święta i podróż do rodzinnego domu ważniejsza. Mimo, że już na wejściu dostałam listę zadań do zrobienia to cieszę się z tego, że mogę chwilę odpocząć do zajęć i obowiązków. I pooglądać sobie filmy z listy, którą stworzyłam już jakiś czas temu. 
Oglądając ostatnią Galę Oskarów bardziej zwracałam uwagę na osoby, które się na niej pojawiły niż na same filmy. Bardziej nawet interesowały mnie historie rodem z pudelka czy innej plotkarskiej stronki. I choć oglądałam już kilka tegorocznych produkcji to zastanawiam się, czy aby filmy nominowane do tego jakże wielkiego wyróżnienia rzeczywiście zasługują na nie.
Sama mam dość specyficzny gust filmowy i nawet nie wiem jak mam Wam go opisać. Wybrałam TOP 5 filmów, które oglądałam. Dlatego postanowiłam Wam je przedstawić:

5. Blow (2001)
Film ten jest opartą na faktach historią George'a Junga, który w latach 80-tych zdobył fortunę na przemycie i handlu narkotykami. Co więcej opowiadać o tym filmie? Historia opowiadana przez głównego bohatera, jako osobę, która przez jeszcze kilkanaście lat będzie oglądała świat za kratami więzienia momentami jest dość smutna i nakłaniająca do głębszej refleksji. Jak "szklane domy" w "Przedwiośniu" Żeromskiego tak "Blow" jest typowym "snem" młodego, pełnego idei człowieka. George Jung (gra go Johnny Depp) pragnie zdobyć to co uważa za słuszne dla siebie. Staje się pn kolejnym graczem na rynku narkotykowym, który pragnie zdobyć pieniądze, sławę i przede wszystkim  kobiety. W całej tej historii za tymi wszystkimi dobrami widać tragizm. Smutne jest to, że chłopak, który dążył do tego by kontrolować swoje życie i postępować wobec własnych reguł. poświęcił to wszystko na handel narkotykami. Duży wpływ na to miały jego młodzieńcze lata i uciski wywierane przez matkę oraz ciężka, ale bezowocna praca jego ojca. 
U boku Johnny'ego Depp'a możemy zobaczyć fenomenalną postać Penelope Cruz, która naprawdę wiele poświęciła dla swojej roli. Zaskoczona byłam ciałem ciężarnej kobiety, które było wychudzone, przez diety i kokainę. Ogólnie para idealnie wpasowała się w kanon narkomańskiego półświatka. 
Dlatego moja ocena tego filmu to 9/10.

Uwielbiam to zdjęcie młodego Johnny'ego Depp'a ^^

4. Piękny Umysł (2001)
Kolejny film amerykańskiej produkcji i kolejna biografia. Tym razem padło na geniusza matematycznego John'a Nash'a. W jego rolę wcielił się Russell Crowe (znany z Gladiatora, Nędzników). Dzięki swoim umiejętnościom, został wcielony w szeregi agencji wywiadu wojskowego. Niestety było to katalizatorem do jego późniejszej szeroko rozwiniętej choroby psychicznej.
John Nash, który jest laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomi jako umysł ścisły nie tylko wierzy w pewne zjawiska, ale też nie pozostawia ich przypadkowi. Potrzebuje dowodów, które jego umysł będzie w stanie określić. Historia rozpoczyna się w 1947 roku na Uniwersytecie Princeton, gdy Nash zaczyna swoje studia. Jest dość ciężką personą i przez to nie łatwo nawiązać mu jakikolwiek kontakt z rówieśnikami. Chce odkryć coś oryginalnego, niesamowitego co nie będzie tylko interpretacją czyjejś pracy.Tworzy on teorię z dziedziny matematyki konkurencji. Okazuje się ona przełomem we współczesnej ekonomii. John rozmawiał "w miarę normalnie" tylko z jedną osobą - Charles'em Herman'em. Swoim współlokatorem. Po zakończonych studiach dostaje pracę na MIT jako wykładowca. W tym czasie poznaje William'a Parcher'a, wojskowego, który proponuje mu pracę.Do akcji wkracza też Jenniffer Connely, która wciela się w rolę Alicji, która jest studentką fizyki. Wkrótce się w niej zakochuje z wzajemnością. Niestety całą sielankę zakłóca diagnoza. Nash choruje na schizofrenię paranoidalną. I to powoduje, że jego życie zmienia się diametralnie. "Piekny umysł" to nie tylko historia o szaleństwie geniusza, ale także o człowieku, który wystawiony na wielką próbę dzięki, pomocy żony i jej miłości potrafi przetrwać wszystko. 
Moja ocena tego filmu to 10/10.

3.Siedem dusz (2008)
Nie dziwota, gdy napiszę, że kolejny film też jest amerykańskiej produkcji. Film opowiada historię młodego człowieka (Will Smith), który podając się za urzędnika podatkowego spotka się z siódemką śmiertelnie chorych ludzi, którzy są zadłużeni. 
Bóg stworzył świat w 7 dni. Ja swój zniszczyłem w 7 sekund. Słowa Tim'a Thomasa są bardzo smutne i wprowadzają człowieka w zadumę. Wszystko zaczyna się od śmierci 7 osób, w tym ukochanej Tim'a. Dorosły mężczyzna nie potrafi pogodzić się ze stratą i pragnie zakończyć swój żywot. Tak więc co różni go od innych samobójców, którzy przecięli linki i odeszli w zapomnienie? A to, że dzięki swojej śmierci pragnie uratować istnienia 7 śmiertelnie chorych. Za pomocą podstępnego pomysłu wkroczenia do akcji jako Ben Thomas - urzędnik zapoznaje się z chorymi, którzy według niego zasługują na przedłużenie im życia. I choć już na początku filmu dowiadujemy się, że jednak bohater popełnia to samobójstwo to i tak z zaciekawieniem oglądamy tą historię. Pojawia się w niej przecież wątek miłosny, który dotyka głównego bohatera, co bardzo komplikuje sprawy. Film ten zaskakuje, bo na samym początku jest on owiany tajemnicą i ma się ochotę jak najszybciej ją odkryć. 
Mnie ten film poruszył do głębi. Jestem romantyczną duszyczką i gdy widzę jak ktoś poświęca swoje życie dla innych (a zwłaszcza dla ukochanej) to rozklejam się po prostu. I tak też było na tym filmie.
Moja ocena to 10/10.
  


2.Pamiętnik (2004)
Film oparty na książce autorstwa Nicholas'a Sparks'a opowiada historię starszego mężczyzny, który czyta pamiętnik kobiecie chorej na Alzheimera. Można było by się spodziewać, że jest to nudne i po co kręcić o tym film? Lecz już od samego początku czytana opowieść wciąga widza.
Przenosimy się do lat 40-tych do Stanów, gdzie poznają się - młoda kobieta z zamożnego domu (Rachele McAdams) i prosty pracownik tartaku (Ryan Gosling). Są oni młodzi, pochodzą z różnych środowisk a mimo to zakochali się w sobie miłością czystą i piękną. Noah szaleńczo zakochany w Allie robi wszystko by zwrócić jej uwagę. Jest komiczny i czasami trochę gapowaty, ale robi to wszystko z miłości. Ale od samego początku widać tę "iskrę" przepływającą pomiędzy bohaterami. Niestety wojna, rodzice Allie rozdzielają młodych. Lecz na tym się nie kończy ta historia. Bo niby dlaczego starszy mężczyzna czyta czyjś pamiętnik pensjonariuszce ośrodka? Tak naprawdę to jest forma przypomnienia wszystkiego dla staruszki.
To co przedstawia ten film jest takie bardzo prawdziwe i wzruszające. Miłość, aż po grób, i tu to stwierdzenie pasuje idealne. Bo pomimo przeciwności losu Noah i Allie jednak będą razem. Ale to nie zniesie z ich barków cierpienia, które będzie się pojawiać na każdym zakręcie.
Moja ocena to oczywiście 10/10.


1.Wyspa Tajemnic (2010)
No i dojechaliśmy do miejsca pierwszego. Ciekawe czy ktoś w ogóle to jeszcze czyta xD (bo jednak dziś się rozpisałam).
Film do samego końca owiany tajemnicą. Który zasługuje na kilka Oskarów (niestety nie dostał żadnego). Film z boskim Leonardo DiCaprio w roli głównej. Film, który obejrzany drugi raz opowiada inną historię.
Na pierwszy plan wchodzi szpital psychiatryczny i pewne zaginięcie. Zajmuje się nim agent federalny Daniels (DiCaprio). Wraz z partnerem przybywają na wyspę Shutter, gdzie znajduje się ośrodek dla obłąkanych i szczególnie niebezpiecznych kryminalistów. Zabiłeś matkę? Przyjęty. Głosy kazały zabić rodzinę? Oj tak mamy dla Ciebie miejsce. Gdy zaginęła Rachel to właśnie Teddy Daniels pragnie rozwiązać tą zagadkę. Ale im dalej w las tym więcej drzew. A w tym przypadku niefortunnych zdarzeń i wypadków. Również dyrektor placówki wydaje się być dziwnie połączony ze wszystkimi sprawami w bardzo negatywny sposób.
Ale czy Daniels rozwiązuje zagadkę? To pytanie trudne, gdyż każdy zakończenie może odbierać zupełnie inaczej, więc jedyne co mi zostało to zachęcić Was do obejrzenia tej projekcji.
Moja ocena to oczywiście 10/10.


Mam nadzieję, że jak nie oglądaliście któregoś z tych filmów to zachęciłam Was do nadrobienia zaległości. ^^ A jak oglądaliście to co Wam się podobało/nie podobało w nich?

Dears
thanks for your comments on my page. I love to read your kind words from you.
If you want to invite me to your blog - please leave a link. Gladly I'll check to you.
Kisses xoxoxo